Kobitkinwcm1

Natknęłam się ostatnio na bardzo ciekawy post na jednym z babskich blogów (choć nie tylko dla bab) mówiący o poczuciu sprawczości w życiu i nawołujący do refleksji nad potrzebami brania życia w swoje ręce, czyli innymi słowy: Bóg do niczego mi niepotrzebny (http://babskietabu.pl/do-czego-potrzebny-ci-bog/).

Psychologia religii
Autorka deklaruje w nim swój ateizm, który jest wynikiem różnych doświadczeń życiowych oraz innych czynników, m.in. refleksji po przeczytaniu książki „Psychologia religii” D. Wullfa. Zadaje pytania o to, czy chcemy wierzyć, iż wszystko w naszym życiu zależy od Boga (autorka używa małej litery pisząc „bóg”, lecz pozwólcie, że ja użyję wielkiej litery) oraz pisze o swoim przekonaniu, że od chwili, w której przestała wierzyć, odzyskała wspomniane wyżej poczucie sprawczości i wpływu na swoje życie. W końcu wysuwa tezę: „czy chcesz czy nie, Twoje miejsce w życiu zależy przede wszystkim od Ciebie (…). W Tobie jest siła i moc. Nie ma znaczenia, czy pochodzi od boga czy nie. Ważne jest, czy w nią wierzysz. Ważne jest, czy z niej korzystasz.”

Sens życia
Rozumiem i szanuję ten punkt widzenia, bo był on moim przez większość mojego życia. Bardzo podoba mi się stwierdzenie „we mnie siła i moc”. Wierzę, że to prawda. Moje miejsce w życiu zależy ode mnie. Zależy od wielu rzeczy, na które mam wpływ i które mogę wypracować poprzez moje starania, ciężką pracę, budowanie relacji, wyrzeczenia, i wiele innych. Piszę to jednak z punktu widzenia chrześcijanki, która nawróciła się jako osoba dorosła. Wierzę w Boga i nie wyobrażam sobie inaczej. Moja droga do Niego była długa i przypomina krętą ścieżkę w dżungli wątpliwości i ślepych zaułków. Kiedyś miałam w sobie mnóstwo siły do pokonywania trudności, miałam ludzi, którzy mnie wspierali w ciężkich chwilach. Brałam życie w swoje ręce i wydawało mi się, że jestem w stanie pokonywać góry. Brakowało mi tylko jednej rzeczy: sensu życia.

Źródło
Pewnego dnia spotkałam ludzi wierzących, ale nie mówili mi o zasadach. Pewnego dnia znalazłam się w kościele, ale nie wciągnęła mnie religia. Poszłam za tym głosem i spotkałam Boga, a wraz z Nim sens życia. Nie interesuje mnie religia, ale relacja, którą Bóg pragnie ze mną budować. Nie interesują mnie tradycje i rytuały, ale bliskość, jaką mam z najsilniejszą, najważniejszą istotą, jaką spotkałam – Stwórcą wszystkiego. Wierzę, że mam w sobie moc i siłę. Pochodzi od Niego. Kiedy moje źródło się wyczerpuje, mogę sięgnąć i zaczerpnąć od Niego. Mam wciąż poczucie sprawczości, bo sama muszę wykonać wysiłek, by zapracowało to, co mi dane. Nie jestem maszyną zaprogramowaną przez szalonego demiurga, który szuka rozrywki w swoim nudnym żywocie. Jestem stworzeniem, które wyszło spod ręki najbardziej utalentowanego (S)Twórcy, posiadającym wolną wolę i moc decydowania. Mam wpływ na swoje myśli i na to kim jestem. To ja wybieram ścieżkę i sposób działania, choć z ulgą stwierdzam, że mogę zapytać o drogę, gdy się pogubię. Nie usprawiedliwiam wszystkiego, co dzieje się w moim życiu, Bogiem. Nie mam takiej potrzeby. Bóg nie jest odpowiedzialny za moje choroby i moje błędy. Nie siedzę też z założonymi rękami i nie czekam, że Bóg wykona za mnie wszystkie zadania, poszuka nowej pracy, podejmie trudną decyzję, znajdzie klienta, czy poprosi o podwyżkę.

„Życiowy rowerek”
W liście do Rzymian napisanym przez Apostoła Pawła czytam, że Bóg „współdziała ku dobremu” (Rz 8, 28). Kluczowe słowo: współ-działa. Zatem ruszam tyłek i chwytam życie w swoje ręce, czyli innymi słowy: wychodzę z inicjatywą, a Bóg to docenia i dorzuca od siebie. Wcale nie mam Mu tego za złe i nie wołam jak małe dziecko „ja siama”. Odkąd to zrozumiałam nie czuję się tak obarczona brzemieniem codzienności, mogę powierzyć ją komuś, kto zawsze daje radę, nawet wtedy gdy ja i wszystko dookoła pada „na pysk”. Nawet jeśli ta chwila jest krótka i zaraz wracam do formy, to świadomość, że mogę odpuścić, jest uwalniająca. Ciągle uczę się życia, tak jak w dzieciństwie jazdy na rowerze. Już dawno Ojciec puścił ten kijek, którym mnie podtrzymywał, jadę sama i decyduję, w którą stronę skręcić i z jaką prędkością jechać. Wiem jednak, że w chwili zawahania i kłopotów, gdybym miała wjechać w wielką dziurę lub nawet przepaść, to kiedy zawołam, On mnie złapie. Jadę więc na tym moim „życiowym rowerku” z odwagą i pewnością.

Bez Boga
Kiedyś byłam w stanie wyobrazić sobie życie bez Boga. Właściwie nie musiałam go sobie wyobrażać, gdyż Boga w nim nie było. Jaki obraz pojawiłby się w mojej wyobraźni, gdybym teraz wykonała takie ćwiczenie? Obraz pustki i samotności, życia pozbawionego znaczenia oraz celu. Celem tym nie jest (chwała Bogu!) miękka miejscówka na chmurkach w błękitnym niebie, wypełnionym drętwym śpiewem anielskim i brzdąkaniem na harfie. Celem jest życie, jego pełnia, obfitość, którą otrzymuję każdego dnia: w satysfakcji płynącej z relacji w rodzinie, ze spotkań z ludźmi, którzy mnie wspierają i którym mogę odwdzięczyć się moim wsparciem, z mojej pracy, z rozwoju osobistego, z moich pasji, które mogę realizować.

Błędy
Zgadzam się z Autorką bloga, że postępowanie etyczne nie jest wyłącznie pochodną wiary i odwrotnie, bycie osobą wierzącą nie gwarantuje życia bez wad i błędów. Byłoby naiwnością tak twierdzić. Jako osoba wierząca popełniam, jak wszyscy, błędy, a jednak moje dążenie do moralnego życia nie jest efektem strachu przed karą boską. Do czego więc potrzebny mi Bóg? Powierzam mu życie, gdyż wierzę, że daje mi wolność. Wolność, która nie jest swobodą robienia czego tylko chcę, ale mocą wybierania tego, co mnie nie ogranicza, nie krępuje, nie nakłada na mnie kajdan uzależnienia. Powierzam Mu życie, gdyż wierzę, że w swojej nieograniczonej miłości zrobi dla mnie wszystko, już zrobił dla mnie wszystko. Żaden człowiek nie jest w stanie ponieść takiej ofiary.

Ulga i radość
Z premedytacją, pełnym zrozumieniem, a co więcej, radością i wielką ulgą, włączam Boga we wszystkie obszary mojej egzystencji. W porównaniu z moim poprzednim etapem życia, pozbawionym wiary, dopiero teraz czuję, że mam kontrolę, dopiero teraz wiem, co to znaczy wolność i działanie z pełną świadomością i sprawczością. Wiem, że trudno jest oddać ster. Chcemy mieć poczucie, że sobie zawdzięczamy i do siebie możemy mieć pretensje. Wiem jednak, że kiedy przeszłam tę magiczną granicę pomiędzy samotną Zosią-Samosią żyjącą z zaciśniętymi pięściami i zębami, walczącą z całym światem i swoimi słabościami, poczułam, że urosły mi skrzydła i mogę wszystko. Tego Wam wszystkim życzę.

Agnieszka Menet


Zwróć się do Boga Następny krok
Share →

Następny czat: