88F1DC38FD

Jakiś czas temu, w naszej firmie każdy z pracowników został poinformowany przez szefa, że będzie chciał z nami indywidualnie porozmawiać. Nic strasznego, zwykła „pogadanka” o przyszłości zawodowej. Żeby się właściwie przygotować (a może trochę mniej stresować) dostaliśmy kartkę z pytaniami – mieliśmy na to ok. 2 tygodni. Aż wreszcie nadszedł ten dzień. I oto siedzę przy moim biurku i czekam na swoją kolej. Wszyscy pozostali są już „po”. Widzę jak każdy wchodzi, rozmawia ok. 15-20 minut i wychodzi uśmiechnięty. Pytam ukradkiem chłopaków: I jak? – Spoko, faktycznie zwyczajna  pogadanka. Jeśli masz wypełnioną kartkę z pytaniami, żaden problem. Mniej stresować… akurat… dlaczego więc czuję jak krew pulsuje mi szybciej i szybciej?

Tradycyjnie w ciągu najbliższych dni, tak jak zrobi to prawie cały naród, odwiedzę groby bliskich. W tym czasie (jak co roku) pomyślę o nich, a może nawet przez chwilę zastanowię się ile lat życia jeszcze mi zostało. Czy życie, to tylko ta krótka kreseczka na nagrobku pomiędzy datami urodzin i śmierci? Ale przecież ja chcę żyć długo! Nie chcę po śmierci być jedynie wspomnieniem, prochem i kośćmi odwiedzanymi raz do roku. Szkoda, że nie mam kumpla, który mógłby zapewnić mnie: Spoko, przeżyłem to. Nic strasznego.” Za to widzę jak kolejni ludzie „wchodzą” i… stają się wspomnieniem. A coś w środku mnie krzyczy, że ja chcę żyć wiecznie! Wtedy przeczytałem werset:

Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie, nawet wieczność włożył w ich serca;                                                                
– Księga Kaznodziei Salomona 3,11

Boże, czy to znaczy, że chęć życia wiecznie jest od Ciebie? A więc jesteś w stanie zaspokoić nawet tę moją potrzebę? Na co dzień czytam Biblię, muszę więc chyba traktować jej obietnice poważnie. Przypominam sobie werset z Ewangelii Jana: Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Boże, czy to znaczy, że jeśli uznam  Twój autorytet, świadomie przyznam się do tego, że Jezus zmarł również za moje grzechy, zrezygnuję ze swojego „ja” i będę żył tak jak On tego oczekuje… Ejże… czyżby moja kartka z pytaniami zaczynała powoli zapełniać się odpowiedziami?

W tym momencie wchodzi do mnie szef i prosi na rozmowę. Trochę niespodziewanie, bo byłem zajęty czymś innym. Biorę przygotowaną kartkę,  rozmawiamy. Teraz już wiem, że wystarczyło być po prostu przygotowanym, a dokładny czas rozmowy nie był taki istotny. Wiem, że dalej idziemy wszyscy razem.

Czekam, bo kiedyś „mój Szef” wezwie mnie do swojego biura w Niebie. Może z zaskoczenia, niespodziewanie, nagle. Jednak Czego oko nie widziało i ucho nie słyszało, i co do serca ludzkiego nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy go miłują. Czy może być lepsza obietnica?

Mateusz Czyż


Zwróć się do Boga Następny krok
Share →

Następny czat:


Zapraszamy 25.06.2017r. od 20:00 do 22:00