Zmęczenie, które nie mija: dlaczego brakuje nauczycieli?
Ten artykuł jest dwudziesty siódmy w serii: „Zrozumieć naprawdę”, serię rozpoczyna tekst: „Czy ktoś naprawdę mnie rozumie?”
W tym roku szkolnym mój najstarszy syn zmienił szkołę. Nie z powodu jakiegoś konfliktu czy nagłego kryzysu, ale z powodu narastającego zniechęcenia sposobem funkcjonowania tradycyjnego systemu edukacji i coraz silniejszego poczucia marnowanego czasu. I życia. Przez długi czas próbował się w nim odnaleźć, aż w końcu doszedł do momentu, w którym zrozumiał, że dalsze narzekanie... niczego nie zmieni.
Żegnając się z klasą, powiedział coś, co zapadło mi w pamięć: że jeśli zostanie w szkole, musi zaakceptować istniejący stan rzeczy i przestać narzekać, bo ciągłe niezadowolenie jest jak trucizna: niszczy nie tylko jego, ale też każdego, kto musi tego słuchać. A jeśli decyduje się zmienić sposób edukacji, musi zrobić to świadomie, biorąc na siebie wszystkie wyzwania, które się z tym wiążą. To była spokojna, dojrzała wypowiedź, bez oskarżeń i bez gniewu.
Wtedy jego wychowawczyni, bardzo cicho, niemal mimochodem, powiedziała: „A ja już tak narzekam dwadzieścia lat…”.
W tym jednym zdaniu zawarło się doświadczenie wielu nauczycieli. Ludzi, którzy zaczynali pracę z zaangażowaniem, poczuciem sensu i wiarą w to, że ich praca ma znaczenie. Z czasem jednak kolejne reformy, rosnące wymagania, presja dokumentacji, konflikty z rodzicami i brak realnego wpływu sprawiły, że narzekanie stało się nie tyle postawą, co objawem chronicznego zmęczenia.
I to nie jest zmęczenie, które mija po urlopie. To stan długotrwałego przeciążenia, w którym nauczyciel każdego dnia mierzy się z poczuciem, że wie, jak mogłoby być lepiej, ale nie ma możliwości, by to wdrożyć. Że ponosi odpowiedzialność, nie mając sprawczości. Że jest stale oceniany, rzadko wspierany.
Wypalenie zawodowe nauczycieli rzadko wygląda spektakularnie. Częściej objawia się rezygnacją z walki, obniżeniem zaangażowania, milczącą zgodą na rzeczywistość, której nie da się zmienić. Narzekanie bywa ostatnią formą sygnału, że coś jest nie tak. Potem przychodzi zobojętnienie.
Historia mojego syna i jego wychowawczyni pokazuje, że system edukacji potrafi zniszczyć obie strony. Dzieci, które czują, że ich czas nie jest dobrze wykorzystany, i nauczycieli, którzy od lat próbują pracować w warunkach, jakie nie sprzyjają ani relacjom, ani rozwojowi.
To nie jest opowieść o złej woli. To opowieść o ludziach, którzy zbyt długo funkcjonują w systemie, który nie daje przestrzeni na zmianę. A zmęczenie, które trwa dwadzieścia lat, przestaje być indywidualnym problemem. Staje się sygnałem, że coś głęboko wymaga przemyślenia – nie tylko w nauczycielach, ale w samej szkole.
Powiedzieć, że system jest do zmiany, to jak nic nie powiedzieć. Ten system nadaje się wyłącznie do wyrzucenia, bo już dawno nie ma na czym budować. Trzeba zbudować od nowa, a fundamentem powinno być zrozumienie rzeczywistych potrzeb i możliwości współczesnego człowieka.
Następny tekst w serii znajdziesz tutaj: "Wybieram świadomie: dokąd naprawdę idę?"
O autorze
O sobie mówi: „Matka Polka” – żona, matka trzech dorastających synów – wielka zwolenniczka świadomego rodzicielstwa.
Kobieta wielu pasji, zafascynowana naturą, oraz pięknem i mądrością Bożego Stworzenia, odkrywanymi podczas codziennych zajęć.
Mistrzyni „międzyczasu” – hoduje zwierzęta, prowadzi uprawy permakulturowe, piecze chleby na zakwasie, tworzy mydła naturalne, oraz dziesiątki różnych przetworów, zaangażowana w służbę w lokalnej Społeczności Chrześcijańskiej, społecznik z głębokiego przekonania.
Swoje życie i wszystko, w co się angażuje, opiera o Słowo Boże, z każdym rokiem bardziej świadoma tego, że bez Boga nic nie może uczynić (J. 15:5)Pokaż mniej