Nie-romantyczne Walentynki
Przemysł rozrywkowy zrobił nam dużą krzywdę w sposobie, w jaki myślimy o relacjach romantycznych. Filmy i książki przez lata karmiły nas historią, która z prawdziwym życiem ma niewiele wspólnego. Oto ona: spotyka się on i ona, zakochują się w sobie, muszą pokonać milion przeciwności losu, ale są tak zdeterminowani, że gotowi są zrezygnować z wszystkiego, byle tylko być razem. A potem żyją długo i szczęśliwie.
Problem w tym, że w rzeczywistości ten schemat jest niemal dokładnie odwrócony.
W prawdziwym życiu spotykamy się, poznajemy, zakochujemy, podejmujemy decyzję, że chcemy być razem… i dopiero wtedy zaczynają się schody. Trudności pojawiają się nie na początku, lecz po czasie. Codzienność, zmęczenie, różnice charakterów, kryzysy, dzieci, praca, pieniądze, choroby. To właśnie wtedy do przezwyciężenia są „miliony przeciwności losu”, które rozwalają tysiące relacji.
Kultura podsuwa nam w tym momencie bardzo prostą odpowiedź: skoro jest trudno, to znaczy, że problemem jest ten człowiek, z którym jesteś. Gdybyś był z kimś innym, byłoby łatwiej. Piękniej. Bardziej romantycznie. Jak w filmie. Przynajmniej do momentu, w którym znów pojawią się przeciwności losu — bo one pojawiają się zawsze, tylko z inną osobą.
Drugi mit, który sprzedaje nam popkultura, dotyczy samej romantyczności. Uczy nas, że do okazywania miłości potrzebne są specjalne miejsca, wyjątkowe okazje i odpowiednia oprawa. Restauracja, wyjazd, prezent, wielki gest. Tymczasem jeśli miłość ma przetrwać, to jej najbardziej romantyczne formy rodzą się nie na ekranie, ale... w domowym zaciszu. W zwykłej codzienności.
Gorący obiad po powrocie z pracy. Świeża kawa podana z uśmiechem. Pomoc w codziennych obowiązkach albo wyręczenie drugiej osoby wtedy, gdy jest zmęczona. Masaż stóp po ciężkim dniu. Przytulenie i bycie razem w ciszy, kiedy życie przygniata. Opieka nad dziećmi po to, żeby ta druga osoba mogła się wreszcie wyspać.
To są gesty, które naprawdę budują relację. A jednak często traktujemy je jak coś oczywistego. Jak coś, co „się należy”. Jak część pakietu, która nie wymaga zauważenia ani wdzięczności.
Czasem mam wrażenie, że właśnie tu tracimy najwięcej. Bo codzienne akty miłości i zaangażowania nie są zwyczajne. Są darem. Są wyborem podejmowanym każdego dnia od nowa. I dokładnie tego samego chcielibyśmy dla siebie — żeby nasz wysiłek był dostrzegany, a nie uznawany za oczywistość.
Może więc w te Walentynki warto zrobić coś nie-romantycznego. Zamiast gonić za filmowym obrazem miłości, zobaczyć tę, która już jest obok. Cichą, nieefektowną, codzienną. I potraktować ją jak coś naprawdę cennego. Wyjątkowego. Najpiękniejszego w życiu.
O autorze
O sobie mówi: „Matka Polka” – żona, matka trzech dorastających synów – wielka zwolenniczka świadomego rodzicielstwa.
Kobieta wielu pasji, zafascynowana naturą, oraz pięknem i mądrością Bożego Stworzenia, odkrywanymi podczas codziennych zajęć.
Mistrzyni „międzyczasu” – hoduje zwierzęta, prowadzi uprawy permakulturowe, piecze chleby na zakwasie, tworzy mydła naturalne, oraz dziesiątki różnych przetworów, zaangażowana w służbę w lokalnej Społeczności Chrześcijańskiej, społecznik z głębokiego przekonania.
Swoje życie i wszystko, w co się angażuje, opiera o Słowo Boże, z każdym rokiem bardziej świadoma tego, że bez Boga nic nie może uczynić (J. 15:5)Pokaż mniej