Nie umiem wytłumaczyć, jak bardzo się staram – perspektywa dziecka (3)

Nie umiem wytłumaczyć, jak bardzo się staram – perspektywa dziecka (3)

Ten artykuł jest dwunasty w serii: „Zrozumieć naprawdę”, serię rozpoczyna tekst: „Czy ktoś naprawdę mnie rozumie?

Zanim go przeczytasz, upewnij się, że znasz jego pierwszą część: „Nie umiem wytłumaczyć, jak bardzo się staram – perspektywa dziecka (2)”.

Myślę, że już jest jasne, że właśnie rolą dorosłych jest pokazywać dzieciom, jak rozumieć, interpretować i nazywać to, co się dzieje, oraz jakie emocje temu towarzyszą.

Pytanie kluczowe brzmi: jak?

Pisałam w poprzedniej części, że aby to w ogóle było możliwe, najpierw my musimy z całą uważnością, na jaką nas stać, zatrzymać się przy tym małym człowieku. Obserwować. Zrozumieć naprawdę. To nie jest do zrobienia w pięć minut, pomiędzy półką w sklepie, siedzonkiem w samochodzie a bajką. To wymaga pełni naszej obecności.

I powiem Ci szczerze: myślę, że to wcale nie jest trudne. Owszem, wymaga uważności i zaangażowania, wymaga opanowania innego sposobu komunikacji, ale myślę, że każdy rodzic obserwując swoje dziecko dokładnie wie, o co ono walczy, czego chce, czego potrzebuje, co przeżywa. Tyle tylko, że nie wiemy, co zrobić z tym dalej.

Moja droga do zrozumienia dzieci rozpoczęła się – jak u wielu rodziców małych dzieci - od literatury. Wiele rzeczy, które przeczytałam, szybko okazywały się bzdurą, nie wszystko, czego dowiedziałam się od nauczycieli, których cenię, rzeczywiście miało wartość. Ale jest też wiele cennych rzeczy: na przykład umiejętności, których nauczyłam się na przykład od Tracy Hogg – to ona pomogła mi zrozumieć język niemowląt... Jednak kluczem do mojej komunikacji z dziećmi jest to, czego nauczyłam się od Harveya Karpa. Moment, w którym zaczęłam czytać jego książkę, był dla mnie życiowo bardzo trudny. Na pokładzie miałam dwoje maleńkich dzieci, mój mąż pracował bardzo dużo, do tego doszła budowa domu dla naszej powiększającej się rodziny – w momencie, kiedy pojawił się na świecie drugi syn, przestała z nami mieszkać szafa, bo nie było więcej miejsca w mieszkaniu na łóżeczko. Także od świtu do nocy byłam z dziećmi sama, bez żadnego wsparcia, tymczasem drugi syn…

Chciał, aby kładł go do łóżka Tatuś. Co wieczór płakał po 2 godziny, zanim zasnął, wołając Tatusia. Dzień w dzień. Wiedziałam, co przeżywa, wiedziałam, czego potrzebuje, wiedziałam, że to dla niego ważne. Ale co mogłam zrobić?

To właśnie Harvey Karp nauczył mnie rozmawiać z dzieckiem – ba, nie tylko z dzieckiem! Z każdym człowiekiem, który przeżywa jakieś trudności! A szczególnie: wściekłego, rozżalonego, zrozpaczonego, załamanego. W sposób pełen szacunku, zrozumienia i wsparcia. Pokazał mi, że aby człowiek był gotowy usłyszeć cokolwiek: słowa wsparcia, pocieszenie, dobrą radę lub naszą perspektywę, najpierw musi poczuć, że jest zrozumiany.

Jestem przekonana, że my naprawdę często rozumiemy nasze dzieci. Tyle, że nasza „gadanina” przychodzi w zupełnie niewłaściwym czasie. W czasie, w którym dziecko nie jest gotowe jej przyjąć.

Wracając do przykładu mojego malutkiego syna, na którym uczyłam się rozmawiać w ten sposób…

Dokładnie wiedziałam, czego on chce, potrzebuje i o co walczy.

Widzisz, bo te całe dramy biorą się stąd, że dziecko myśli, że nie wystarczająco wyraźnie powiedziało nam i pokazało, jak bardzo mu na czymś zależy, jak bardzo go coś zraniło, jak bardzo jest czymś poruszony. Czuje się… niezrozumiany, po prostu!

Zaczęłam więc nazywać to, o co on walczył. Pytałam, czy chce zasypiać z Tatusiem? Czy dlatego, że bardzo kocha Tatusia? I lubi się przytulać do Tatusia? Czy mu najłatwiej zasypiać z Tatusiem? Na każde z tych pytań padała odpowiedź: tak! Po każdej odpowiedzi mój syn uspokajał się coraz bardziej. To trwało 45 minut. Dopiero po takim czasie mój chłopiec był gotowy, aby przyjąć cokolwiek ode mnie. Powiedziałam mu wówczas, że naprawdę rozumiem, że bardzo kocha Tatusia i lubi z nim zasypiać, że tak mu najłatwiej zasnąć – ale niestety tatusia nie ma w domu, przyjedzie bardzo późno – i czy wobec tego mogę ja go przytulić?

Drugiego dnia rozmowa zajęła nam 30 minut, trzeciego tylko 15. Czwartego wystarczyło powiedzieć, że taka szkoda, że nie ma Tatusia, bo z Tatusiem tak dobrze się zasypia! Dziecko się przytuliło i spokojnie zasnęło.

Do dziś w ten sposób rozmawiam z dziećmi i wiem dokładnie, że nawet przeżywając naprawdę trudne sytuacje, doświadczając bardzo trudnych emocji, sam fakt, że rozumiem, z czym się zmagają, jest dla nich ogromnym wsparciem. Widzę ich głębokie oddechy, prostujące się ramiona i unoszącą się głowę, widzę jak spokój wraca do ich umysłu.

I, kończąc, powtórzę to, co pisałam już wcześniej:

Dokładnie tego samego uczy mnie mój Ojciec w niebie. Ojciec, u którego odnajduję pełne zrozumienie, wsparcie. Dzięki któremu odkrywam, kim naprawdę jestem. To Jego miłość daje mi siłę, aby iść dalej z podniesioną głową, niezależnie od tego jak często w życiu „pod górkę”.

Bo wiem, że On jest. Wie. Rozumie. I kocha.