Z czego wynika kryzys w relacjach rodzinnych naszych czasów? (2)

Z czego wynika kryzys w relacjach rodzinnych naszych czasów? (2)

Ten artykuł jest siedemnasty w serii: „Zrozumieć naprawdę”, serię rozpoczyna tekst: „Czy ktoś naprawdę mnie rozumie?

Zanim zaczniesz czytać, upewnij się, że znasz już pierwszą część: „Z czego wynika kryzys w relacjach rodzinnych naszych czasów? (1)

Powiedzieć, że współczesność postawiła świat do góry nogami, to jak nic nie powiedzieć. W wielu aspektach te zmiany są wspaniałe, w innych – absolutnie nie… Przez pokolenia podstawową wartością była rodzina – wspólnota, w której jednostka dojrzewała, uczyła się odpowiedzialności i relacji. Dziś najwyższą wartością coraz częściej staje się „JA”. Mi, ja i moje. I nie sposób zaprzeczyć: każda jednostka ma ogromną wartość. W oczach Boga jesteśmy bezcenni, niepowtarzalni, ukochani:

Jesteś cenny w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja Cię miłuję.

Iz 43,4

Bóg widzi człowieka. Widzi jego serce, jego drogę, jego zmagania. Ale ta prawda – tak piękna i tak potrzebna – nie może stać w sprzeczności z inną równie ważną: że rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa. Że to w niej uczymy się miłości, pracy, odpowiedzialności i wierności. Silne i zdrowe rodziny nie są dziełem przypadku. Tworzą je ludzie, którzy widzą w nich wartość i są gotowi pracować, rezygnować, wybierać rodzinę jako priorytet, nawet wtedy, gdy jest trudno, niewygodnie, gdy kosztuje to czas, energię i własne ambicje.

Rodzina nie jest przestrzenią, w której zawsze „to mi ma być dobrze”. Jest przestrzenią, w której uczę się kochać – a miłość z definicji zakłada wysiłek, pracę i odpowiedzialność. Zakłada decyzje, które czasem stoją w sprzeczności z moją wygodą.

Jest jeszcze jeden ważny element zmiany świata, który mocno dotyka naszych relacji. Chcielibyśmy, aby stare formy nadal działały. Chcielibyśmy być szanowani tylko dlatego, że jesteśmy: mężem, żoną, matką, ojcem, dzieckiem. I oczywiście – każdemu człowiekowi należy się szacunek, bo jest człowiekiem. Ale żyjemy w świecie upadku autorytetów. I nie ma już powrotu do czasów, w których sam tytuł czy rola automatycznie budziły uznanie. Dziś szacunek rodzi się z postawy, z autentyczności, z odpowiedzialności, z zaangażowania.

Kobietom trudno szanować mężczyzn, którzy po powrocie z pracy „znikają” – przed telewizorem lub z telefonem w ręku – tłumacząc to zmęczeniem, podczas gdy cały ciężar prowadzenia domu, organizacji życia rodzinnego i opieki nad dziećmi spada na kobietę, która najczęściej również pracuje zawodowo.

Mężczyznom trudno szanować kobiety, które bardziej koncentrują się na wyglądzie, porównywaniu się z innymi czy życiu w mediach społecznościowych, niż na pracy nad sobą, dojrzałości emocjonalnej i realnym zaangażowaniu w życie rodziny. 

Trudno jest szanować partnera, który unika rozmów, odpowiedzialności, decyzji. Trudno, gdy jedna strona bierze na siebie wszystko, a druga żyje obok – niby obecna, a jednak nieobecna. Samo istnienie nie jest obecnością!

To nie są oskarżenia. To opis napięć, które rodzą się w codzienności i z którymi mierzy się dziś ogromna liczba małżeństw.

W tych wszystkich wielopoziomowych nieporozumieniach towarzyszy nam coraz głębsze poczucie niezrozumienia, z czym zmagamy się na co dzień. Jakie ciężary niesiemy – często przecież ponad siły. Jak wiele kosztuje nas codzienność. Jak często rezygnujemy z tego, co kochamy, czego pragniemy, o czym marzyliśmy – w imię relacji, w imię dobra małżeństwa i rodziny. A ponieważ te rezygnacje rzadko są komunikowane, bardzo często pozostają… zupełnie niezauważone.

Wtedy pojawia się frustracja. Smutek. Samotność. I coraz większy dystans.

My, kobiety, czujemy się przeciążone i niewidzialne w naszym codziennym poświęceniu. Mężczyźni często naprawdę nie rozumieją, o co nam chodzi – bo w porównaniu ze swoimi ojcami wielu z nich jest znacznie bardziej obecnych, bardziej zaangażowanych, bardziej odpowiedzialnych. W swoich oczach już są superbohaterami, tymczasem trudności w komunikacji między małżonkami w miejsce zrozumienia przynoszą poczucie, że ta druga strona tylko się "czepia".

A gdybyśmy jednak spróbowali porozmawiać otwarcie? Wysłuchać bez przerywania, usłyszeć nie tylko uszami, ale też... sercem? Bez założeń, że to drugie "wymyśla, przesadza, szuka dziury w całym"? Gdybyśmy potrafili uczciwie zobaczyć, zrozumieć i uznać trud tej drugiej osoby, docenić ją za starania?

Są takie słynne karteczki do podziału obowiązków w domu – niezwykle skuteczne tam, gdzie ciężar codzienności nie jest rozłożony równomiernie i częstokroć pozostaje zupełnie niewidzialny.

Zadanie polega na tym, aby wypisać wszystkie domowe zadania, obowiązki i odpowiedzialności – każde na osobnej karteczce – i wspólnie podzielić je tak, by każda osoba świadomie przejęła pełną odpowiedzialność za wybrane obszary, a nie tylko „pomagała”, czy „wykonywała polecenia”.

Celem nie jest idealna równość, lecz uświadomienie sobie tej niewidzialnej, codziennej pracy i zbudowanie realnej współodpowiedzialności w codziennym życiu. Aby obie strony widziały dom jako wspólne dobro, a nie projekt jednego z małżonków.

Z perspektywy chrześcijańskiej to jest szczególnie ważne. Małżeństwo to nie jest układ zadaniowy, lecz wspólnota życia. W Piśmie Świętym czytamy: "Jedni drugich brzemiona noście” (Gal. 6:2) – to zdanie nie dotyczy tylko wielkich kryzysów, ale też zwykłej codzienności: zmęczenia, przeciążenia, frustracji.

Tam, gdzie pojawia się zrozumienie i uznanie trudu drugiego człowieka, przestajemy być przeciwko sobie – a zaczynamy znów być po jednej stronie. Ramię w ramię. Serce w serce. Tak, jak zawsze marzyliśmy, aby kroczyć przez życie.

O autorze

Miłośniczka słowa pisanego, z wykształcenia teolog.
O sobie mówi: „Matka Polka” – żona, matka trzech dorastających synów – wielka zwolenniczka świadomego rodzicielstwa. 
Kobieta wielu pasji, zafascynowana naturą, oraz pięknem i mądrością Bożego Stworzenia, odkrywanymi podczas codziennych zajęć. 
Mistrzyni „międzyczasu” – hoduje zwierzęta, prowadzi uprawy permakulturowe, piecze chleby na zakwasie, tworzy mydła naturalne, oraz dziesiątki różnych przetworów, zaangażowana w służbę w lokalnej Społeczności Chrześcijańskiej, społecznik z głębokiego przekonania. 
Swoje życie i wszystko, w co się angażuje, opiera o Słowo Boże, z każdym rokiem bardziej świadoma tego, że bez Boga nic nie może uczynić (J. 15:5)Pokaż mniej