Nie potrafię powiedzieć, jak bardzo się staram – perspektywa rodzica (2).
Ten artykuł jest czternasty w serii: „Zrozumieć naprawdę”, serię rozpoczyna tekst: „Czy ktoś naprawdę mnie rozumie?”
Zanim go przeczytasz, upewnij się, że znasz jego pierwszą część: „Nie umiem wytłumaczyć, jak bardzo się staram – perspektywa rodzica (1)”.
Czasem w naszym życiu przychodzi taki moment, w którym nagle uświadamiamy sobie, że od wielu tygodni, miesięcy… a może lat, jesteśmy dostępni absolutnie dla każdego — tylko nie dla siebie. Biegamy między pracą a domem, między zadaniami a obowiązkami, balansując na cienkiej linie pomiędzy tym, by być dobrym pracownikiem, a tym, by być dobrym rodzicem. I choć staramy się jak potrafimy, coś w nas powoli milknie. Cichnie. Zaniedbane. Zapomniane. Zlekceważone.
I tak, zgodzę się, że czasem „trzeba”. Kiedy od Twojej dyspozycyjności zależy życie i zdrowie małego człowieka – nie ma innej drogi. Tak jest i tyle. Ale czy naprawdę tak musi być zawsze?
W codziennym pędzie przestajemy słuchać własnego ciała. Ono mówi do nas pierwsze, najciszej, najuczciwiej: zwolnij… zatrzymaj się… usłysz mnie. A my nadal biegniemy, przekonani, że wytrzymamy jeszcze jeden projekt, jeszcze jeden kryzys, jeszcze jedną noc krótszą o kilka godzin. Jesteśmy wierni pracy, wierni rodzinie, wierni oczekiwaniom — ale nie jesteśmy wierni samym sobie.
A przecież to sam Jezus zostawił nam klucz, którego tak często lekceważymy:
„Miłuj bliźniego swego jak siebie samego.”
Jak siebie. Jak siebie, a nie zamiast siebie. Jak siebie, a nie kosztem siebie.
Miłość, która niszczy noszącego, nie jest miłością, ale powolnym wypalaniem.
Czy wiesz, jak bardzo tempo Twojego życia odbija się na Twoim zdrowiu? Ile naszych uporczywych problemów — napięciowe bóle głowy, skurcze karku, ból kręgosłupa, migreny, kołatania serca, ucisk w żołądku — to tak naprawdę wołanie ciała o uwagę, troskę, oddech? To są bóle, które mają więcej wspólnego z naszym życiem emocjonalnym, niż z fizycznością. Bóle psychosomatyczne — najbardziej cierpliwi posłańcy, którzy nie odchodzą, dopóki nie zrozumiemy, co próbują nam powiedzieć.
Czujesz, że rozsypujesz się od środka, tymczasem wciąż słyszysz: „Weź się ogarnij.” Ba, co rano sam sobie to powtarzasz, niezależnie od tego, jak Twoje ciało bardzo odmawia współpracy!
Jakby brakowało nam dobrej organizacji. Jakbyśmy byli leniwi, niezmotywowani, niewystarczający. Cóż, może czasem bywamy, ale… to wszystko, co nosimy na swoich barkach na co dzień nie wygląda na lenistwo, prawda?
Dlatego ja chcę dzisiaj powiedzieć coś zupełnie odwrotnego. Słowo, które może być początkiem uzdrowienia.
Weź się… utul.
Weź siebie... w
ramiona.
Weź się… zatrzymaj.
Zauważ, ile dźwigasz. Zobacz siebie nie jako kogoś, kto „ciągle daje za mało”, ale jako człowieka, który każdego dnia przekracza swoje granice, by kochać i służyć. Bo – szczerze - czyż nie właśnie tak to wygląda?
Ukochaj w sobie to, co zmęczone. Doceń to, co walczy mimo wszystko. Odpocznij w łagodności, którą tak łatwo dajesz innym, a tak trudno sobie.
Może naprawdę największy brak w naszym życiu to nie brak czasu, ale brak czułości wobec samego siebie. Bo dziecko — nawet to dorosłe — nadal potrzebuje, żeby ktoś je objął. Dzisiaj tym kimś możesz być Ty. Tak po prostu. Dla siebie. Z miłością. Wreszcie.
O autorze
O sobie mówi: „Matka Polka” – żona, matka trzech dorastających synów – wielka zwolenniczka świadomego rodzicielstwa.
Kobieta wielu pasji, zafascynowana naturą, oraz pięknem i mądrością Bożego Stworzenia, odkrywanymi podczas codziennych zajęć.
Mistrzyni „międzyczasu” – hoduje zwierzęta, prowadzi uprawy permakulturowe, piecze chleby na zakwasie, tworzy mydła naturalne, oraz dziesiątki różnych przetworów, zaangażowana w służbę w lokalnej Społeczności Chrześcijańskiej, społecznik z głębokiego przekonania.
Swoje życie i wszystko, w co się angażuje, opiera o Słowo Boże, z każdym rokiem bardziej świadoma tego, że bez Boga nic nie może uczynić (J. 15:5)Pokaż mniej